Blog o pięknej Warmii, jej okolicach oraz innych sprawach; często aktualizowany, tak już jedenaście lat. Miło mi, że jesteś.

niedziela, 25 lutego 2018

Dzień dwudziesty piąty

Dzień dwudziesty piąty
Jeziorany.
Przyjaciele moi i przyjaciółki! Nie odkładajcie na później ani piosenek, ani egzaminów, ani dentysty, a przede wszystkim nie odkładajcie na później miłości. Nie mówcie jej "przyjdź jutro, przyjdź pojutrze, dziś nie mam dla ciebie czasu". Bo może się zdarzyć, że otworzysz drzwi, a tam stoi zziębnięta staruszka i mówi: "Przepraszam, musiałam pomylić adres..." I pstryk, iskierka gaśnie. Agnieszka Osiecka, Rozmowy w tańcu, Prószyński i S-ka, Warszawa 2002.

sobota, 24 lutego 2018

Dzień dwudziesty czwarty

Dzień dwudziesty czwarty
Olsztyn, jez. Skanda.
Na skraju Rynku stoi ewangelicki kościół. Został on wybudowany w 1877 roku. Zanim to nastąpiło, nabożeństwa odbywały się w północnym skrzydle Zamku. Przechodzimy obok kościoła na plac Świerczewskiego. Niegdyś zwał się on Targiem Rybnym, po niemiecku Fischmarkt. Na środku tego Targu, przy ulicy Młyńskiej nr 2, stał jednopiętrowy dom, który od 1920 do 1939 roku był siedzibą „Gazety Olsztyńskiej'. Mieściła się w nim drukarnia, księgarnia, biuro oraz mieszkanie
redaktora Seweryna Pieniężnego. Na tym dziś tak spokojnym placu, w owym czasie, zwłaszcza w dni targowe, panował wielki ruch. Tu bowiem z okolicznych wiosek zjeżdżały się gburki warmińskie ze swymi wiktuałami: masłem, serem, twarogami, jajami, warzywem oraz różnym ptactwem domowym. Wokoło rynku stały w długich szeregach stragany przekupek i różnych handlarzy. Była tego wielka obfitość, zwłaszcza w porze letnio-jesiennej. Toteż gosposie olsztyńskie wybredzały w tym towarze aż do przesady — zwłaszcza w maśle. Widziałem na własne oczy, kiedym od czasu do czasu sam z tym nabiałem stał na targu — jak jedna po drugiej smakowały za pomocą scyzoryka lub nawet gołym palcem, nie zawsze kupując: bo za stare, za słone, za blade, za drogie itd. Ponieważ owo smakowanie gburkom czasem się przykrzyło, wybuchały nieraz spory i zatargi. Zaznaczyć tu wypada, że przy tych transakcjach handlowych rozbrzmiewała wyłącznie polska mowa, gdyż Warmianki ze wsi niemieckiego nie znały tak dalece, że nawet Niemki, gosposie olsztyńskie, wysilały się, by wyjąkać kilka słów polskich, aby dojść do porozumienia ze sprzedawczyniami. Słysząc te do niemożliwości zniekształcone wyrazy cór germańskich odczuwałem zawsze złośliwą radość, choć to podobno nie po chrześcijańsku cieszyć się z ludzkiego nieszczęścia.
Alojzy Śliwa, Spacerkiem po Olsztynie, Pojezierze, Olsztyn 1979.

piątek, 23 lutego 2018

Dzień dwudziesty trzeci

Dzień dwudziesty trzeci
Gietrzwałd.
W środę popielcową kto tylko mógł, szedł do kościoła, aby rozpocząć okres Wielkiego Postu posypaniem głowy popiołem. W każdym domu szorowano popiołem garnki, rondle, patelnie i myto je starannie, a żeby nie zostało na nich odrobiny tłuszczu.
W okresie postu nie wolno było jeść mięsa w środy, piątki i soboty. Potem już tylko w piątki i soboty, aż wreszcie pozostał tylko piątek. Natomiast w okresie Wielkiego Postu w ogóle nie jedzono mięsa, tłuszczu ani skwarków od środy popielcowej aż do Wielkanocy. Każdy starał się w poście mieć olej siemienny. Z tym olejem jedzono chleb, kraszono nim ziemniaki i kluski, smażono na nim "plince" i ryby. Ryb było w okresie postu bardzo dużo. Rybacy zwykle łowili sieciami na lodzie, a jezior nie brak na Warmii. Rybacy przyjeżdżali furmankami do wsi, przywożąc wielkie kosze ryb. Były one tanie. Funt płotek i małych okoni kosztował dwadzieścia fenigów. Droższe były liny, szczupaki i duże leszcze, ale każdy mógł sobie je kupić. Gotowano je na kwaśno i słodko, smażono na oleju, przyprawiano w galarecie lub smażone zalewano octem. Ludzie kupowali całe beczki solonych śledzi. Często w poście jedzono na wieczerzę pieczone w piecu kartofle ze śledziami albo postną kiszoną kapustą lub też maczano kartofle w oleju i soli. Gotowano także kluski przyprawione w różny sposób oraz słodki ryż z suszonymi śliwkami. Maria Zientara-Malewska, Wieś nad łąkami, Pojezierze, Olsztyn 1988.

czwartek, 22 lutego 2018

Dzień dwudziesty drugi

Dzień dwudziesty drugi
Olsztyn, jez. Ukiel.

Na wzgórzu, w lesie, tam kędy wartka struga łączy się z Łyną, stał kiedyś dawno, dawno temu wspaniały zamek. Ojcowie nasi pokazywali nam jeszcze skośne omszałe dachy, sterczące tuż nad ziemią. Chłopcy zaś pasący bydło nad Łyną rzucali kamienie do kominów, ciesząc się, że długo słychać było suchy ich klekot. To ostatnie ślady zaklętego zamku. Na tym miejscu porosły mchy i krzaki jagód, modre dzwonki leśne pochylały główki w  zadumie, szumią poważnie sosny ociekające złotymi kroplami kadzidła, świerki pachnące wyciągają krzyżem ramiona ku niebu.
Przed wielu, wielu laty zamek ten słynął na całą okolicę, daleko i szeroko. Potężne jego baszty oblane słońcem letniego południa albo purpurą zorzy wieczornej zachwycały oczy nie tylko okolicznego ludu, ale i niejednego wędrowca, który przybył z daleka ażeby zobaczyć ten słynny, piękny zamek. Grube mury okrywały latem wonne liliowe macierzanki, złoty rozchodnik i bledziutko kwitnące powoje, ba nawet małe jarzębiny i brzózki wyrosły w szczelinach blanków. Komu wypadła droga koło zamku w porę zimową przedstawiał mu się tak piękny widok, jakiego nigdy nie widział. Zamek obsypany śniegiem błyszczał w słońcu milionem barw tęczowych, a na tle ciemnych sosen i świerków zdawał się niepokalaną bielą dosięgać niebios, tworząc czarodziejską baśń zimową.
W zamku tym mieszkał pan bardzo bogaty. Mówiono, że w podziemiach znajduje się sto skrzyń srebra, złota i klejnotów. Na ścianach komnat były porozwieszane makaty, wyszywane srebrem i złotem, a podłogi pokrywały skóry niedźwiedzi i wilków, których tu było mnóstwo niezliczone. Ściany sali, gdzie odbywały się biesiady i  narady, wykładane były złotem Bałtyku - bursztynem.
Właściciel zamku był nie tylko bogaty, ale co ważniejsze - dobry i  sprawiedliwy. Lud okoliczny darzył go zaufaniem i przywiązaniem, ale przystąpić do niego z  bliska nikt się nie odważył, bo oblicze jego było surowe - ludzie mówili, że kamienne. Najmilszym jego zajęciem było wychodzenie latem na najwyższą platformę zamku, kiedy zachodzące słońce bramowało złotem niebo, a zorza w płaszcz szkarłatny ubierała krajobraz.
Wieśniacy wtenczas wracali właśnie z pól z pieśnią na ustach. Błyszczały kosy i sierpy, czerwieniły się jak maki w polu chusty dziewcząt. Zobaczywszy pana na platformie stawali warmińskim zwyczajem w rzędzie i na cześć swego gospodarza ostrzyli kosy i miarowym uderzeniem w stal dzwonili hejnał żniwiarzy śpiewając:
Plon niesiem plon,
Plon ze wszystkich stron.
Często stała też obok pana zamku małżonka jego Warmia. Macierzyńskim okiem obejmowała krajobraz, macierzyńskim sercem wszystkich kochała. Tam, pośród ludu zdrowego i pilnego, mieszkało jej dwunastu synów, a liczne ich potomstwo napełniało wioski i osiedla. Warmia ubrana w białe szaty z czerwoną przepaską, w welonie lekkim jak pajęczyna, upiętym na jasnych włosach sięgających aż do ziemi, była symbolem jedności i  miłości rodzinnej. Raz w roku, w wigilię św. Jana, przybywali wszyscy synowie z rodzinami na zamek, napełniając stare mury wrzawą i śmiechem. U wrót przyjmowali ich rodzice, ściskając i  całując każdego z  osobna. Łzy radości błyszczały w  oczach Warmii, kiedy witała swych dorodnych synów o  jasnych jak len włosach i  modrych oczach, kiedy przytulała do serca główki wnuków i prawnuków. Biesiady i łowy w olsztyńskim lesie trwały siedem dni. Potem wszyscy wracali do swoich zajęć, a wśród starych murów panowała znów głęboka cisza. Tak upływało wszystkim życie w spokoju i miłości wzajemnej. Aż pewnego razu, krótko przed dniem św. Jana, przybył jakiś obcy wędrowiec na zamek. Długo szeptali z  panem, radzili, a  chociaż noce były krótkie - i w nocy nie spali. Nowiny, jakie przyniósł obcy, musiały być ważne, bo na twarzach malował się niepokój i troska.
Na trzeci dzień ukazał się na platformie najwyższej baszty płomień - umówiony znak, że synowie mają zaraz udać się do ojca. Nie potrwało długo, a zaczęli się zjeżdżać ze wszystkich stron. Rodziny zostały w domu.
Ojciec z  poważnym wędrowcem oczekiwał ich w  sali bursztynowej. Tam dowiedzieli się okropnej wieści. Dwóch sąsiadów, którzy zawistnym okiem patrzyli na szczęście rodziny, postanowiło porwać i  zabić przedmiot największego ich umiłowania - matkę Warmię.
Już z dala słychać było okrzyki, a łuny płonących wsi znaczyły drogi, którymi zbliżał się wróg. W samą noc świętojańską przybyły liczne zastępy wrogów i rozłożyły się w pobliskim lesie przy ogniskach, a dzikie ich śpiewy i przechwałki odbiły się echem o stare mury zamku.
O  tej samej porze drogą przez las szło powoli dziecko. Małe jego serduszko dygotało z lęku, ale szło odważnie, bo Warmia miała sporządzić dla chorej matki lekarstwo z ziół i korzeni.
Jakaś jasność zapełniała dziś las. Gwiazdy - zda się - jaśniej migotały na niebie, a sierp księżyca oblał srebrem czubki chwiejących się w objęciach wiatru drzew, obielił wydeptaną ścieżkę wijącą się wśród stuletnich dębów, buków, klonów i jarzębin. Wśród aksamitnych mchów unosiły się szerokie liście paproci.
Nagle dziecko stanęło. Na tle paproci zobaczyło jakiś przecudny, barwami tęczy jaśniejący kwiat. Drżącą rączką zerwało cudowny kwiat szczęścia i niespostrzeżone przez wroga doszło do bram zamku, które się same rozwarły. Dziecko warmińskie, przyciskając do piersi skarb swój, kwiat paproci, rozwinięty wśród nocy świętojańskiej, szło aż do sali, w której byli zebrani mieszkańcy zamku. Stanęło wśród nich bose, trzymając w  małych rączkach jak w  alabastrowym kielichu przepiękny kwiat, uklękło i podało go Warmii, która przytuliła kwiat do piersi. Dając dziecku lekarstwo i jedzenie na drogę, tak doń rzekła:
- Idź do mojego ludu i  powiedz, że choćby wróg zabił moje ciało, ducha mojego nie zmoże. Ja będę żyła z wami w każdym kłosie zboża, w każdym kwiatku i drzewie, w powiewie wiatru, w szumie lasów i borów, w szmerze jezior i rzek, w ciszy wieczoru i w skwarze letniego południa. Wojsko moje będzie spało wieki, ale przyjdzie dzień, że się obudzi, a wtedy ja znowu będę waszą matką i opiekunką. Niech słowa moje przejdą z pokolenia na pokolenie, a biada tym w one dni, którzy o nich zapomną.
W zamku, po wyjściu dziecka, echo rozniosło po okolicy miarowe kroki licznych, w żelazo zakutych mężów. Napełniły się wojskiem komnaty i sale, nawet podziemia i ów słynny ganek, który prowadził z  lasu pod Łyną aż do kościoła św. Jakuba. Na wzniesieniu stała Warmia. A kiedy zamknięto już ostatnie podwoje, podniosła powoli rękę dzierżącą kwiat szczęścia. Zamek począł się powoli zapadać coraz głębiej, aż znikł z powierzchni ziemi. Wojsko poukładało się do snu i tak przespało wieki. Jedynie matka Warmia wychodziła spod ziemi na świat, bo posiadała kwiat szczęścia. Często widywano jej postać ubraną w białe koronki i muśliny, błądzącą nad brzegami Łyny. Ludzie omijali miejsce, gdzie stał zaklęty zamek.
Mówiono, że tam straszy. Szczególnie w noc świętojańską słychać było z  podziemi chrzęst broni, jakieś zaklęcia i  nawoływania oraz pieśń „Bogurodzica Dziewica”. Mówiono, że śpiewa tę pieśń wojsko spod Grunwaldu. Nad Łyną w lesie jest wzgórze, pokryte mchem, paprocią i krzakami czarnej jagody. Modrzą się tam dzwonki leśne, bielą się kwiaty poziomek, wyglądają ciekawie spośród paproci konwalie i zajęcze ziele, wysokie dęby, buki, sosny i  świerki dokoła opowiadają szumem odwieczną legendę o zaklętym zamku. Na modrozłotych falach Łyny gra wiatr jak na stostrunnej harfie pieśń o  legendzie i niesie ją daleko aż hen po Bałtyku. Maria Zientara-Malewska, Legenda o zamku olsztyńskim.

środa, 21 lutego 2018

Dzień dwudziesty pierwszy

Dzień dwudziesty pierwszy
Warmia, Jeziorany.

Losy XIX wiecznego pomnika św. Nepomucena, który do połowy ubiegłego wieku stał na moście Jana owiane są tajemnicą. Nie wiadomo co się z nim stało. Zniszczył go tramwaj w tragicznym wypadku tuż po I wojnie? A może zestrzelili go żołnierze radzieccy? Badacze dziejów miasta mają nową sensacyjną teorię - posąg spoczywa zakopany przy moście. Historia olsztyńskiego Nepomucena zaczyna się na początku XIX wieku. Najpierw przy moście stanęła skromna kapliczka z czerwonej cegły. Niewiele osób wie, że figura św. Jana Nepomucena z tej właśnie kapliczki była pierwowzorem dla późniejszego posągu mówi Stanisław Piechocki, badacz dziejów Olsztyna. Co się stało z kapliczką? Piechocki zamyśla się i odpowiada: Tego niestety dzisiaj nie wiadomo. Kamienny posąg świętego ustawiono przy balustradzie w 1869 r. Wykonał go Wilhelm Jansen z Kolonii. W 1909 r. gdy umacniano most, na moment figura zniknęła. Była przechowywana w magazynach kościoła św. Jakuba. Po remoncie wróciła na dawne miejsce. Ówcześni mieszkańcy otaczali św. Jana Nepomucena ogromnym kultem. Układali na jego cześć pieśni. Jedna z nich zachowała się w rodzinnych archiwach byłego olsztyniaka mieszkającego obecnie w Niemczech. Autorem jest jego pradziadek Hans Strohmenger: Święty Johann z Nepomuk / na naszym moście Jana / Śpiewa z nami / Pije z nami / i chroni nas dniem i nocą / swoją boską mocą!"
"Gdzie podział się święty?
Nowa figura godnie zastępuje starą strzegąc mostu, ale badaczom dziejów Olsztyna i pasjonatom wciąż nie daje spokoju pytanie: Co się stało z XIX-wiecznym Nepomucenem? Kiedy zaginął? Badacze dziejów miasta mają dwie teorie na ten temat.
Pierwszą opisał Alojzy Śliwa w "Spacerkach po Olsztynie":
"Latem po I wojnie światowej (data nie jest dokładnie znana) na moście św. Jana zdarzył się tragiczny wypadek. W jadącym dzisiejszą ulicą Grunwaldzką tramwaju zepsuły się hamulce. Pojazd stoczył się z góry, wypadł z szyn, przełamał barierę mostu i wpadł do Łyny. Zginęły wówczas dwie osoby: jedną byłą pasażerka pechowego tramwaju, drugą - Elżbietka, wnuczka znanej w całym Olsztynie straganiarki Gertrudy Hoppe, która handlowała na moście zieleniną. Po owym wypadku most poszerzono. W katastrofie ucierpiała figura św. Nepomucena. Wkrótce usunięto ją."
Druga hipoteza wiąże zaginięcie figury świętego z dramatycznymi losami miasta w 1945 roku. Andrzej Sassyn jest przekonany, że figura stała na moście do końca wojny, więc nie mogła zostać zniszczona w wypadku tramwajowym:
Mówi się, że to żołnierze radzieccy po wkroczeniu z 21 na 22 stycznia 1945 r. do Olsztyna wystrzelili do posągu z działa. Nie ma jednak żadnych świadków, którzy potwierdziliby tę wersję. Ale przecież ktoś z miejscowych musiałby to widzieć...
Stanisław Piechocki ma nową sensacyjną teorię na temat zaginięcia pomnika. Podważa domysły o wypadku tramwajowym i zniszczeniu figury przez żołnierzy radzieckich (...) i przypuszcza, że posąg spoczywa zakopany przy moście.
Marzena Olechowska, Zakopany strażnik mostu św. Jana, Gazeta Olsztyńska 2003.

wtorek, 20 lutego 2018

Dzień dwudziesty

Dzień dwudziesty
Olsztyn, jezioro Sukiel.

Najbardziej charakterystycznym znakiem polskiej kultury ludowej każdego regionu był strój. Warmiacy nosili strój prosty, kolorowy, dostosowany do dnia powszedniego i świątecznego. Najważniejszymi cechami stroju kobiecego były koszule szyte z białego, lnianego płótna. Przód miały rozcięty zapinany na guziki, rękawy marszczone wykończone mankietem, kołnierzyk niewielki, wykładany. Kobiece spódnice, zwane kitlami, były bardzo marszczone, przeplatane najczęściej elementami koloru czerwonego. Później przyjęły się spódnice z tkanin dwukolorowych, a także kraciastych. Kobiety na głowie nosiły ozdobny czepiec zawiązywany pod szyją, wykończony ułożoną w fałdki białą koronką. Warmiński strój męski składał się z czerwonej kamizelki zwanej westą, która zapinana była na osiem błyszczących guzików. Pod kamizelkę zakładano koszulę szytą z flaneli i trykoty. W stroju odświętnym była jeszcze sukmana, w kolorze niebieskim nosili ją bogaci chłopi. Mężczyźni zakładali też kapelusz zrobiony z filcu. Z czasem, szczególnie w II poł. XIX wieku, zmieniała się ludowa moda. Ludzie chętniej zakładali stroje prostsze, zwykle jednolite. Kobiety nosiły czerwone lub niebieskie suknie, które zakryte były białym fartuchem.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Dzień dziewiętnasty

Dzień dziewiętnasty
Klewki, brzeg jeziora Linowskiego.
Warmia lub Warmija (pruskie Wormjan – czerwona ziemia, warm. Warńija, mazur. Warmzia, łac. Varmia) – kraina historyczna w obecnym województwie warmińsko-mazurskim. Nazwę wzięła od pruskiego plemienia Warmów. Zasięgiem obejmuje 4249 km², czyli środkową i północną część Pojezierza Olsztyńskiego, północno-zachodnią część Pojezierza Mrągowskiego i Równinę Warmińską, zamieszkuje ją 350 tys. mieszkańców. Warmia to kościoły, zamki, kapliczki, czerwona cegła, odkrywanie brukowanych dróg, wojaże rowerowe, aleje drzew przy drogach, dziewicza przyroda usiana lasami i wzgórzami o leniwych, obłych zboczach oraz raj dla wielbicieli jezior i rzek. To również bezkresne królestwo dzikiego ptactwa i zwierzyny. Wszechwładną panią jest tutaj natura. Nieliczne miasta przegrywają z nią urodą na całej linii.
| Copyright © 2007/18 Kochamy Warmię |